Power Ranking dla „polskiej” grupy E na Euro 2020. Oceniamy formę reprezentacji po el. do MŚ 2022!

Z powodu pandemii wyczekiwanie na przełożony turniej mistrzostw Europy 2020 dłuży się i dłuży, ale już za dwa miesiące piłkarze wybiegną na boiska. Postanowiliśmy prześledzić bieżącą formę, kłopoty oraz atuty reprezentacji, które będą mierzyć się ze sobą w grupie E – Hiszpanię, Szwecję, Słowację oraz rzecz jasna Polskę. Punktem wyjścia były marcowe mecze eliminacji do mistrzostw świata 2022, w którym wszystkie te drużyny radziły sobie z różnym skutkiem. Zapraszamy na nasz Power Ranking dla grupy E!

Powiązane artykuły:

1.Hiszpania – wszystkie oczy na faworyta

Nie jest żadną tajemnicą, że bezapelacyjnym faworytem grupy E jest reprezentacja Hiszpanii, która po głośnych sukcesach z lat 2008 – 2012 oraz po zdominowaniu Europy przez kluby LaLiga jeszcze przez wiele lat będzie znajdować się w gronie najsilniejszych. Wartość piłkarzy tego zespołu jest najwyższa, a w jego szeregach znajduje się wiele gwiazd, które w większości drużyn bez żadnych kłopotów znalazłyby miejsce w wyjściowych „jedenastkach”. Jakie są plusy i minusy ekipy z półwyspu Iberyjskiego?

1. Jakość w czystej postaci

Choć Hiszpanie w ostatnich latach przeszli niemałą przebudowę, której jedną z przyczyn były skrajnie nieudane mistrzostwa świata w Brazylii w 2014 roku, to nadal moc ich kadry może imponować. Hiszpańscy piłkarze grają w najlepszych klubach świata, a ich liga od lat należy do ścisłej europejskiej czołówki, dzięki czemu zawodnicy powoływani z LaLiga dają gwarancję odpowiedniej jakości. W zespole nadal są starzy wyjadacze, tacy jak: Sergio Ramos (Real Madryt), Jordi Alba, Sergio Busquets (obaj Barcelona) czy Thiago Alcantara (Liverpool), ale coraz większy szum robią również znacznie młodsze postacie, jak: Ferran Torres (Manchester City), Dani Olmo (RB Lipsk), Pedri (Barcelona) czy Unai Simon (Athletic Bilbao). Hiszpanie narzekać na brak wyboru na pewno nie mogą, a połączenie młodości z doświadczeniem najczęściej daje oczekiwane skutki, które widać w ostatnich meczach.

2. Nie ma na nich mocnych

Historyczne rekordy są po to, aby je pobijać i tą drogą postanowili pójść również piłkarze „La Furia Roja”. Podczas marcowych meczów eliminacyjnych udało im się pobić wynik ustalony przez reprezentację Niemiec (konkretnie to RFN) w latach 1934-85, dotyczący bramek zdobywanych w kolejnych meczach kwalifikacji do mistrzostw świata. Nasi zachodni sąsiedzi do siatek rywali trafiali w 36 kolejnych spotkaniach, podczas gdy w starciu z Gruzinami Hiszpanie zrobili to po raz 37. z rzędu! Potem jeszcze udało im się wygrać z Kosowem, śrubując rekord do liczby 38. Oprócz tego reprezentacja Hiszpanii w spotkaniach eliminacji do mistrzostw świata pozostaje niepokonana dokładnie od marca 1993 roku, kiedy to sposób na nich znalazła Dania. Oznacza to, że reprezentanci z półwyspu Iberyjskiego nie przegrali kolejnych 66 meczów! 

3. Królowie dominacji

Od dawna hiszpańska drużyna słynie z tego, że lubi kontrolować rozgrywane mecze. Termin tiki-taki jest doskonale znany wszystkim fanom futbolu i choć gra Hiszpanów także uległa pewnym modyfikacjom, to jednak miłość do jak najczęstszego posiadania i pieszczenia piłki ciągle jest tam niezwykle popularna. W trzech marcowych meczach eliminacyjnych – z Grecją, Gruzją oraz Kosowem – „La Furia Roja” byli przy piłce średnio przez 79-80 procent możliwego czasu gry. Przy takiej statystyce przeciwnicy nie mają wielkich szans na to, aby zdziałać coś w spotkaniu, bo po prostu nie mają kiedy tego zrobić.

1. Męczarnie z Gruzją

7 punktów zdobytych na 9 możliwych w pierwszych trzech meczach eliminacji do mistrzostw świata to dobry wynik, choć patrząc na skalę przeciwników na pewno mógłby być lepszy. Podczas niedawnej przerwy na reprezentacje niejedna silna kadra musiała męczyć się z – na papierze – słabszą drużyną, tak jak Hiszpanie musieli męczyć się z Gruzinami. Ich dominacja i optyczna przewaga nie podlegały wątpliwościom, jednak w normalnych okolicznościach Gruzja nie powinna mieć w takim spotkaniu żadnych szans.

Tymczasem reprezentanci kraju ze wschodnich rubieży Starego Kontynentu bardzo bliscy byli wywalczenia punktu, nawet w tym meczu prowadzili, jednak przegrali po bramce zdobytej w doliczonym czasie gry drugiej połowy przez Daniego Olmo. Gruzini pokazali, że nawet tak niepozorny zespół jak oni może sprawić wielkiej Hiszpanii mnóstwo problemów, lecz konieczna jest do tego świetna organizacja gry i szczelna defensywa. Mistrzowie świata z 2010 roku oddali w tym spotkaniu tylko 9 uderzeń, z czego ledwie 3 były celne.

2. Posiadanie to nie wszystko

Powyższy mecz z Gruzinami to nie jedyny przypadek, kiedy hiszpańska taktyka oparta na dominacji i posiadaniu nie przynosiła w pełni pożądanych efektów. Przecież kilka dni wcześniej „La Furia Roja” zremisowali z Grecją, która oddała jeden strzał. Kontrolować spotkanie trzeba umieć i Hiszpanie wiedzą, jak to robić, podobnie jest z kontrolą poczynań przeciwnika. Jednak czasem ubóstwianie posiadania piłki nie zawsze daje pożądane efekty i prowadzi do niepotrzebnych nerwów. Gdyby nie bramka Olmo, gracze z półwyspu Iberyjskiego w dwóch pierwszych spotkaniach zdobyliby tylko dwa punkty i wówczas można byłoby mówić o sporej kompromitacji. Na ich szczęście potem nadszedł mecz z Kosowem, wygrany 3:1 po spotkaniu z niepodważalną przewagą, kiedy bramka bałkańskiej drużyny była ostrzeliwana średnio co 3-3,5 minuty.

2. Szwecja – Ibrahimović powrócił!

szwecja power ranking przed euro 2020
PressFocus fot. ANATOLIY MEDVED

Pierwsze miejsce dla reprezentacji Hiszpanii zdaje się być oczywistością, a walka powinna toczyć się o to, kto zajmie drugą lokatę. Solidną formę w 2021 roku prezentuje reprezentacja Szwecji, która będzie liczyła na przełamanie klątwy fazy grupowej mistrzostw Europy. Skandynawowie zagrali na ostatnich pięciu turniejach Euro, lecz tylko raz udało im się wyjść z grupy, a było to bardzo dawno, bo 17 lat temu. Jakie są plusy i minusy ekipy z północy kontynentu?

1. Zlatan znowu jest w grze

Absolutnie najgłośniejszym wydarzeniem tego roku związanym z reprezentacją Szwecji był powrót do jej szeregów Zlatana Ibrahimovicia. Napastnik Milanu jest ikoną nie tylko w swoim kraju, ale również w całym świecie piłki nożnej. Mimo że w październiku skończy 40 lat, to wciąż imponuje swoimi umiejętnościami i przede wszystkim przygotowaniem fizycznym, które w takiej skali u graczy w jego wieku jest czymś niezwykle rzadko spotykanym.

W trudnej lidze, jaką jest Serie A, zdobył już przecież 15 goli w 16 występach i choć korony króla strzelców raczej nie zdobędzie, na pewno znajdzie się w czołówce najlepszych snajperów ligi włoskiej. Z reprezentacją Ibrahimović pożegnał się w 2016 roku i wydawało się, że Szwedzi będą musieli wejść w nową epokę bez swojej największej gwiazdy i najskuteczniejszego zawodnika w historii. Przed niedawnymi meczami eliminacyjnymi pojawiły się jednak plotki o powrocie Zlatana do kadry i stały się one faktem. „Powrót boga” – napisał w swoich mediach społecznościowych doświadczony piłkarz.

2. Stabilizacja w defensywie

Szwedzi nie grają zbyt skomplikowanego futbolu, a skupiają się głównie na podstawach, które starają się opanować w jak najlepszym stopniu. W 2021 roku, po nieudanej jesieni, ponownie udało im się ustabilizować grę w defensywie, co jest przecież fundamentem każdego zespołu, w którym największe znaczenie ma praca u podstaw. W starciach eliminacyjnych gola Szwedom nie strzelili ani Gruzini, ani Kosowianie, przełamać ich szyków w sparingu nie potrafili również Estończycy. Rywale nie byli może z najwyższej półki, lecz należy pamiętać, że Gruzja z Kosowem znajdowały sposób na to, żeby strzelić gola Hiszpanii – która także znajduje się w tej samej grupie.

1. Pytania po Lidze Narodów

Choć w 2021 roku reprezentacja Trzech Koron wygrała wszystkie swoje mecze, to jednak z tyłu głowy należy mieć to, jak radziła sobie jesienią zeszłego roku w rozgrywkach Ligi Narodów – a radziła tam sobie beznadziejnie. Szwecja przegrała aż 5 z 6 spotkań, wygrywając tylko raz, z Chorwacją, choć trzeba też zauważyć, że rywali mieła z najwyższej półki, ponieważ w jednej grupie oprócz Chorwatów (wicemistrzów świata) znaleźli się mistrzowie świata Francuzi oraz mistrzowie Europy Portugalczycy. Nie może dziwić, że przy takiej konkurencji Szwedzi byli chłopcem do bicia. Fakty są jednak takie, że drużyna z północy kontynentu dawała się pokonywać każdemu rywalowi i choć eliminacje do mistrzostw świata zaczęła śpiewająco, nigdy nie wiadomo, czy demony niedalekiej przeszłości nie powrócą podczas poważnego grania na Euro.

2. Prostota bywa zbyt prosta

Szwedzi grają prostą piłkę, nie kombinują i wykorzystują do maksimum swój potencjał, który bez dwóch zdań mają ograniczony. To, co robią, łatwo jest opanować, łatwo jest to robić dobrze, ale jeśli posiada się nieco lepszych piłkarzy można też… łatwo to rozpracować. Sam Janne Andersson mówił niegdyś: – Być może łatwo rozgryźć to, co gramy, ale nie tak łatwo nas zatrzymać. – I faktycznie w wielu meczach było tak, że rywale mieli ze Szwecją problemy.

Nieskomplikowana taktyka ma jednak to do siebie, że im dłużej się ją prezentuje, tym z czasem coraz trudniej jest z niej czerpać pożądane efekty, bo proste metody szybciej ulegają przeterminowaniu. Problem pojawia się także w sytuacji, gdy trzeba się zmierzyć z przeciwnikiem preferującym podobnie pospolite metody i kiedy zwycięstwo można osiągnąć tylko dając z siebie coś ekstra. Pytanie brzmi, czy Andersson zdąży wyćwiczyć na Euro 2020 coś zaskakującego, bo choć Gruzja i Estonia zostały niedawno pokonane, to tylko 1:0, a można było wymagać czegoś więcej.


Czytaj więcej:


3. Polska – co tym razem wymyśli Sousa?

grupa e polska przed euro power ranking
PressFocus // fot. Rafal Wlosek

Choć wszyscy chcielibyśmy, aby Polska zaszła na Euro jak najdalej, to obecnie nie do końca wiadomo, czego się po biało-czerwonych spodziewać. Początek kadencji selekcjonera Paulo Sousy zostawił za sobą wiele znaków zapytania, które sprawiają, że po przyszłej grze Polaków można spodziewać się tak naprawdę wszystkiego – zarówno pozytywnego, jak i negatywnego. Możliwości w reprezentacji na pewno są, ale trzeba je wydobyć i odpowiednio wykorzystać. Jakie są plusy i minusy biało-czerwonych?

1. Sypie głowę popiołem

Za poprzedniego selekcjonera wielokrotnie dochodziło do sytuacji, kiedy konkretne rozwiązania nie funkcjonowały najlepiej, ale mimo tego nikt nic z tym nie robił. Zamiast szukania nowych opcji, kontynuowano forsowanie powtarzającej się nijakości, co tylko frustrowało opinię publiczną. Z Sousą wiadomo jedno – nudno nie będzie. W każdym z trzech meczów Portugalczyk decydował się na inną wyjściową jedenastkę, co też powodowało nieco inną formację, choć za każdym razem było to ustawienie z trzema środkowymi obrońcami. Co więcej, selekcjoner po remisie z Węgrami na konferencji prasowej wprost przyznał, że gdyby mógł rozegrać ten mecz jeszcze raz, zdecydowałby się na inne wybory – czyli mówiąc wprost, Sousa przyznał się do błędu! A to sytuacja, szczególnie w świecie wszechwiedzących pyszałkowatych trenerów, nieczęsta. Jest to istotne także dlatego, że w momencie, kiedy nie wszystko będzie szło po myśli polskiej reprezentacji, można spodziewać się szybkich reakcji ze strony trenera. Może dzięki temu Polacy unikną żartów o braku zmian, które pojawiały się po Euro 2012, gdy ówczesny selekcjoner Franciszek Smuda nie był przesadnie skłonny do roszad.

Co więcej, selekcjoner po remisie z Węgrami na konferencji prasowej wprost przyznał, że gdyby mógł rozegrać ten mecz jeszcze raz, zdecydowałby się na inne wybory – czyli mówiąc wprost, Sousa przyznał się do błędu! A to sytuacja, szczególnie w świecie wszechwiedzących pyszałkowatych trenerów, nieczęsta. Jest to istotne także dlatego, że w momencie, kiedy nie wszystko będzie szło po myśli polskiej reprezentacji, można spodziewać się szybkich reakcji ze strony trenera. Może dzięki temu Polacy unikną żartów o braku zmian, które pojawiały się po Euro 2012, gdy ówczesny selekcjoner Franciszek Smuda nie był przesadnie skłonny do roszad.

2. Super zmiennicy

Sousa zmian się nie boi, ale co najważniejsze – on z tymi zmianami trafia. W każdym z dotychczasowych meczów scenariusz układał się w taki sposób, że piłkarze wprowadzani z ławki dawali swoim kolegom dodatkowy oddech i nową energię, która poprawiała grę reprezentacji. Przeciwko Węgrom do siatki w przeciągu dwóch minut trafili Kamil Jóźwiak i Krzysztof Piątek, wynik z Andorą ustalił natomiast debiutujący w biało-czerwonych barwach Karol Świderski.

W spotkaniu z Anglikami rezerwowi goli co prawda nie strzelali, ale pewna poprawa gry zespołu była widoczna, kiedy na murawie pojawili się Kamil Grosicki czy przede wszystkim Jóźwiak. W obecnej sytuacji, kiedy pandemia wymusza od świata piłki dodatkowy wysiłek, a intensywność meczów jest wysoka jak nigdy, jakościowi zmiennicy są na wagę złota i dobrze, że w Polsce to w tym roku zadziałało.

1. Co chcą grać?

Dużo zmian, rotacje i znaczący wpływ piłkarzy rezerwowych mają też pewną wadę – nie do końca wiadomo, jaki właściwie plan na reprezentację ma Sousa. Oczywiście elastyczność taktyczna jest w dzisiejszych czasach niezwykle istotna, tak jak dostosowanie się do rywala, jednak w przypadku reprezentacji Polski wiele było momentów, kiedy trudno było dostrzec wyraźny pomysł nowego selekcjonera. Nie była to może taka bezpłciowość jak za czasów selekcjonera Jerzego Brzęczka, w końcu w każdym z meczów przychodziły momenty (albo przebłyski) zadowalającej gry.

Ogólnie jednak można mówić o słabej połówce z Węgrami, niezadowalającej postawie z Andorą oraz stłamszeniu przez większość czasu w Londynie. Sousa chce zrobić dużo, mocny nacisk kładzie na taktykę i wprowadził w reprezentacji dużo zmian. To oczywiście nie jest nic złego, nie może też dziwić, że podczas pierwszego zgrupowania jeszcze nie wszystko funkcjonowało tak, jak należy, ale to wszystko spowodowało dość dużo chaosu, który trzeba szybko ogarnąć. Czasu do Euro 2020 jest natomiast coraz mniej, a nie obejrzeliśmy jeszcze spotkania, które można by uznać za zadowalające i rozegrane zgodnie z jasnym, klarownym planem.

2. Obrona do poprawy

W meczu z Andorą Polacy mogliby grać na dobrą sprawę bez bramkarza, ponieważ rywale ani przez moment im nie zagrozili, jednak przeciwko Węgrom i Anglikom pomyłek było zdecydowanie za dużo. Każdy z podstawowych wydawałoby się środkowych obrońców u Sousy, tj. na ten moment Kamil Glik, Michał Helik i Jan Bednarek, popełnił jakieś błędy, których jak na 3 mecze było zdecydowanie za dużo.

To trzeba jak najszybciej wyeliminować, ponieważ w przypadku przeciętnej reprezentacji, jaką jest Polska, kluczem do sukcesu jest uporządkowanie defensywy – co zresztą leżało u podnóża sukcesu ery Adama Nawałki.

3. Kto oprócz Lewandowskiego?

Robert Lewandowski jest największym szczęściem Polaków, ale może także być ich największym przekleństwem. W wielu spotkaniach reprezentacja jest uzależniona od swojego kapitana, który nawet z największej opresji potrafi wyjść obronną ręką, ale co zrobić w sytuacji, kiedy go zabraknie? W meczu z Anglikami jego nieobecność nie była aż tak widoczna, bo częściej przy piłce byli Brytyjczycy, jednak wszyscy zadawali sobie pytania, jakby wyglądałoby to spotkanie, gdyby „Lewy” zagrał. Także z Andorą, przeciwnikiem z marginalnej półki, dwa gole największej polskiej gwiazdy były konieczne do tego, aby coś w tym meczu drgnęło. Takie zjawisko może być niepokojące.

4. Słowacja – walczyć z metką outsidera

slowacja grupa e euro 2020 power ranking
PressFocus // fot. Lukasz Laskowski

Kilka drużyn znajduje się w rankingu FIFA niżej niż Słowacja, jednak i tak nasi południowi sąsiedzi mają przyklejoną metkę tych, którzy powinni dostarczać innym punktów. Każdy nawet najmniejszy sukces będzie dla Słowaków na wagę złota, tym bardziej że to dopiero ich drugi występ na mistrzostwach Europy. Ich celem będzie powtórzenie wyniku z Euro 2016, kiedy jako najlepsza drużyna z trzecich miejsc udało im się dotrzeć do ⅛ finału, gdzie zostali rozbici przez Niemców. Jakie są plusy i minusy ekipy naszych południowych sąsiadów?

1. Zasłona dymna

Ostatnie tygodnie nie były dla Słowaków zbyt udane, bo na reprezentację spadła fala krytyki, a gra zespołu nie była powodem do dumy. Rywale na pewno zacierali ręce z zadowolenia patrząc, jak grupowy przeciwnik plącze się o własne nogi, prezentując słabą formę przed nadchodzącym turniejem. Może to spowodować, że Słowacja zostanie zlekceważona, dzięki czemu „Sokoły” z zaskoczenia będą mogły zaatakować rozkojarzonych i rozluźnionych przeciwników, zadając im dotkliwe ciosy.

Taka taktyka nosi nazwę zasłony dymnej, aczkolwiek kluczowe jest, aby w decydującym momencie dobra dyspozycja powróciła. Tak o formie Słowacji mówił jej reprezentant, były piłkarz Legii Warszawa a obecnie niemieckiej Kolonii, Ondrej Duda: – „Zawsze uważałem, że Słowację można nazwać turniejową drużyną. Na wielkich imprezach potrafimy być nieprzyjemni. To utrudnia grę rywalom, ale jednocześnie sprawia, że chcemy zrobić pozytywne wrażenie. Wierzę, że tak będzie, a jeśli ktoś nas lekceważy, to znaczy, że nie zna naszej ekipy.”

2. Lider daje radę

Od wielu lat liderem reprezentacji Słowacji jest słynny Marek Hamsik, który z powodu kontuzji w marcowym zgrupowaniu nie mógł wziąć udziału. W jego buty z dobrym skutkiem wszedł zdecydowanie najbardziej wartościowy obecnie piłkarz „Sokołów”, Milan Skriniar, podstawowy stoper idącego po mistrzostwo Włoch Interu Mediolan. Gdy koledzy zawodzili, 26-latek nie spuszczał głowy, walczył, był przykładem i… dawał popisy w ofensywie. Z Maltą zdobył swojego pierwszego gola w narodowych barwach, dorzucił jeszcze asystę, natomiast w spotkaniu z Rosjanami ponownie pokonał bramkarza przeciwników. Bez Skriniara nie byłoby Słowacji na Euro.

1. Kompromitujący początek

Choć w praktyce Słowacy w marcowych eliminacjach do mistrzostw świata jeszcze nie przegrali, to powodów do zadowolenia bynajmniej mieć nie mogą. O ile bezbramkowy remis na Cyprze można było jeszcze przełknąć, o tyle remis z mającą marginalne znaczenie w futbolu Maltą był czymś, co wywołało jawną wściekłość w całym kraju. Jakby tego było mało, reprezentanci Słowacji musieli gonić wynik, ponieważ na własnym terenie przegrywali z wyspiarzami 0:2! Całe szczęście, że w porę przyszło przełamanie z Rosją, bo choć nie był to mecz godny zapamiętania, a forma nadal daleka była od wymarzonej, to jednak zwycięstwo z mocnym rywalem poprawiło fatalne humory.

2. Chaos i krytyka

Droga Słowaków na Euro nie była prosta, bo na turniej zaprowadziła ich przez dwumecz barażowy z Irlandią Północną, w trakcie którego… ci zmienili selekcjonera. Były trener Zagłębia Lubin Pavel Hapal został zwolniony, a jego miejsce zajął Stefan Tarković, który miał pełnić tę funkcję tylko tymczasowo. Z braku lepszych opcji relatywnie mało doświadczony szkoleniowiec, który nigdy nie pracował poza ojczyzną, został jednak w kadrze na stałe.

Choć prezes słowackiej federacji Jan Kovacik stwierdził, że Tarković wie prawie wszystko o futbolu, to tamtejsze media szybko dostały okazję, aby wykpić te słowa, dlatego że „Sokoły” grają po prostu słabo. Tarković próbował tłumaczyć to różnymi czynnikami, jak np. brakiem kontuzjowanego Hamsika, ale opinii publicznej swoimi wyjaśnieniami raczej nie przekonał, przez co w słowackich mediach wylała się frustracja narodu. Jakby tego było mało, pandemia wywołała spory chaos organizacyjny, przez który piłkarze występujący w Bundeslidze (Ondrej Duda, Peter Pekarik, Laszlo Benes) nie mogli zagrać z Maltą, wrócili do Niemiec, ale potem jeszcze raz udali się na zgrupowanie (tylko Benes zrezygnował), bo okazało się, że jednak będą mogli zagrać z Rosją. Takie okoliczności nie pomagają skupiać się na pracy.

Sprawdź aktualne kursy na Euro 2020! Odbierz kod bonusowy STS i typuj wyniki! ⚽

Tags: