Liga Europy. Jak Lech Poznań zagra w Lizbonie?

lech benfika liga europy

Piłkarze Lecha Poznań zagrają w czwartek o 21:00 na Estadio da Luz w Lizbonie z miejscową Benfiką. Będzie to ich piąty mecz w ramach fazy grupowej Ligi Europy. Szanse na awans do 1/16 finału są już tylko matematyczne, ale zawsze warto dobrze się zaprezentować. Choćby tak, jak w pierwszym spotkaniu z portugalskim zespołem w Poznaniu.

Dwa oblicza Lecha Poznań

Od początku obecnego sezonu wicemistrzowie Polski pokazują dwa oblicza. Pierwsze – krajowe prezentowane w meczach Ekstraklasy. Drugie – międzynarodowe objawiające się w spotkaniach Ligi Europy. To pierwsze jest bardzo przeciętne, jak na klub i drużynę o takim dorobku i pozycji w polskiej piłce nożnej. To drugie nadspodziewanie przyzwoite, jak na dotychczasowe dokonania i poziom prezentowany przez wszystkie polskie kluby, nie tylko ten z Poznania, w europejskich pucharach. Tak przynajmniej było do meczu czwartej kolejki Ligi Europy z belgijskim Standardem Liege.

To pierwsze oblicze widać było już w eliminacjach do Ligi Europy, które „Lechici” przeszli w bardzo dobrym stylu. W fazie grupowej przegrali jednak już trzy mecze, ale dwie z tych porażek są symboliczne, bo pokazują właśnie te dwa zupełnie odmienne oblicza Lecha Poznań. Drużyna najbardziej chwalona była – również przez niżej podpisanego – po pierwszym meczu fazy grupowej Ligi Europy, choć przegranym w Poznaniu z Benfiką Lizbona. Chwalona była słusznie, bo był to najlepszy mecz w jej wykonaniu w tym sezonie. Poznaniacy zagrali jak równy z równym, z o wiele bardziej doświadczonym i po prostu piłkarsko lepszym zespołem. Było to nie tylko wrażenie „optyczne”, ale potwierdzały to też pomeczowe statystyki. Oprócz jednej, tej najważniejszej, bo końcowy wynik brzmiał 2:4. Jednak przy odrobinie szczęścia ten wynik mógł być znacznie lepszy.

W następnych spotkaniach poznańska drużyna niestety już nie zbliżyła się do tego poziomu, co przyniosło taki skutek, że przed meczem czwartej kolejki ze Standardem w Liege konieczne było zwycięstwo, aby podtrzymać jeszcze jakieś realne szanse na awans do 1/16 finału Ligi Europy. Zamiast zwycięstwa przyszła jednak kolejna porażka, ale najgorsze jest to, że poniesiona ona została w fatalnym stylu. Stylu pokazującym to drugie gorsze oblicze Lecha Poznań. Stylu, którego już nigdy więcej nie chcielibyśmy oglądać, zwłaszcza na międzynarodowej arenie.

Trzy niewybaczalne błędy

Już przebieg pierwszej połowy musiał wzbudzać niepokój, bo gra drużyny z Poznania wyglądała tak, jakby wcale nie zależało jej na zwycięstwie. Dość powiedzieć, że wicemistrzowie Polski nie oddali przez pierwsze 45 minut ani jednego celnego strzału na bramkę gospodarzy, a statystykę posiadania piłki przegrali w stosunku 43-57%. W ostatniej minucie pierwszej połowy z pomocą przyszedł im jednak napastnik Standardu Liege Obbi Oulare, który za drugie uderzenie ręką piłkarza Lecha otrzymał słusznie drugą żółtą kartkę, a w konsekwencji czerwoną i osłabił swoją drużynę.

W 60. minucie Lech Poznań wykorzystał przewagę liczebną i zdobył bramkę, a sposób w jaki Tymoteusz Puchacz i Mikael Ishak wymanewrowali obronę gospodarzy był naprawdę spektakularny. Ale był to niestety jedyny moment tego meczu, za który piłkarzom z Poznania należą się brawa. Potem nastąpiła seria niewybaczalnych błędów, które przyczyniły się do tego, że będąc w komfortowej sytuacji z przewagą jednej bramki i jednego piłkarza więcej na boisku, zespół „Kolejorza” doprowadził do porażki na własne życzenie.

Trzy minuty po objęciu prowadzenia uznawany za lidera poznańskiej drużyny Pedro Tiba dostał piłkę na środku boiska i miał do wyboru co najmniej pięciu niepilnowanych kolegów, którzy wychodząc do kontrataku aż prosili się o podanie. Zamiast podać, Portugalczyk zaczął sobie przekładać piłkę z nogi na nogę tak długo, aż w końcu doskoczył do niego zawodnik Standardu i mu ją odebrał. A potem pokazał, jak wyprowadza się kontratak szybkim prostopadłym podaniem do napastnika. Skutek – bramka na 1:1.

Winą za drugi kluczowy błąd podzielić mogą się trener Dariusz Żuraw z Djordje Crnomarkoviciem. Stoper Lecha już w 20. minucie dostał żółtą kartkę za faul w niegroźnej sytuacji na środku boiska. W sytuacji gdy rywale od początku drugiej połowy grali w dziesiątkę, trener powinien go zmienić, żeby nie kusić losu. Nie zrobił tego, czego z pewnością pożałował w 74. minucie, gdy serbski obrońca znów sfaulował na żółtą kartkę, tym razem na połowie przeciwnika, gdy inni zawodnicy Lecha mieli jeszcze szansę akcję gospodarzy przerwać i to zgodnie z przepisami. Efekt – po wyrównaniu wyniku wyrównała się także liczba piłkarzy obu drużyn na boisku.

Przysłowiową „wisienką na torcie” wyczynów Lecha Poznań w meczu ze Standardem była strata bramki na 1:2 już w doliczonym czasie gry, czyli dokładnie tak samo, jak w dwóch ostatnich meczach ligowych: z Legią w Warszawie (też na 1:2) i z Rakowem Częstochowa w Poznaniu (na 3:3). Jak widać, wyciąganie wniosków z własnych błędów i koncentracja do ostatnich sekund meczu przychodzą piłkarzom Lecha z dużą trudnością. A takie błędy popełniane na poziomie europejskich pucharów są po prostu niewybaczalne.

Tylko matematyczne szanse na awans

W ten czwartek piłkarzom „Kolejorza” znów przyjdzie się zmierzyć z Benfiką, ale tym razem w Lizbonie i będzie to już mecz ostatniej szansy. Szansy tylko matematycznej dodajmy, bo nawet zwycięstwo może w ostatecznym rozrachunku nie zapewnić awansu do fazy pucharowej Ligi Europy. Aby jednak wygrać w Lizbonie, poznaniacy musieliby ponownie wznieść się na poziom z pierwszego meczu z tym rywalem i dodatkowo liczyć jeszcze na łut szczęścia. Pytanie tylko, czy Lech Poznań jest w stanie jeszcze raz pokazać to swoje lepsze oblicze?

Adam Pisula

Kursy na mecze Ligi Europy znajdziesz w STS! ⚽


Tags: