Górnik Zabrze wraca do europejskich pucharów. Spełnia się przepowiednia śpiewana na trybunach: “Zagraj, zagraj, jak za dawnych lat”. Zapytaliśmy kibiców, co dla nich znaczy ten powrót, a po drodze na stadion przypomnieliśmy sobie, że Górnik to kawał historii polskiej piłki w Europie.
Zjednoczeni w Zabrzu
Górny Śląsk, w tym Zabrze, w wyniku przesunięcia granic przypadł Polsce i stał się absolutnie kluczowy w odbudowie zniszczonego podczas II wojny światowej kraju. Nowa władza postawiła na Śląsk, który stał się centralnym regionem odbudowy. Węgiel kamienny był wtedy twardą walutą. Zabrze, z kilkoma dużymi kopalniami, stało się jednym z filarów systemu. W PRL sport, zwłaszcza piłka nożna, był traktowany jako narzędzie propagandowe, a drużyna złożona z synów górników, hutników, robotników, rywalizująca z europejskimi potęgami, była naturalnym powodem do dumy dla całego regionu.

Z połączenia Pogoni, Zjednoczenia, Concordii i Skry 14 grudnia 1948 roku powstał Górnik Zabrze. Nazwa nie była przypadkowa – to bezpośrednie odwołanie do zawodu, który definiował miasto. Wielka historia polskiego futbolu, pisana też na najsłynniejszych europejskich stadionach. Na rzymskim Olimpico, wiedeńskim Praterze, zaśnieżonym Stadionie Śląskim, skąpanym w słońcu Santiago Bernabeu.
Historia zatacza koło. Ta sama duma, która budowała zabrzańską potęgę, wraca dziś razem z klubem do Europy. Dumą Górnika są kibice, którzy opowiadają o swojej miłości do klubu i nadziejach związanych z tym nowym otwarciem.
Marcin, sektor 13
Marcin mieszka na Guido, dwadzieścia minut piechotą od stadionu. Górnikowi kibicuje od trzydziestu dwóch lat. Zaraził go starszy brat kolegi z klasy, a pierwszy mecz na żywo pamięta doskonale, czerwiec, 1994 rok, Stal Mielec i wygrana 5:0. Piękny mecz, piękne wspomnienia. I pierwszy raz w młynie – mówi, jakby to było wczoraj.
Mecz zaczynał się dla nas dużo wcześniej niż na stadionie. Byliśmy małolatami, więc czasu było mnóstwo, zbieraliśmy się z kolegami na grzybku w ośrodku sportowym Walki Zabrze. Po kilku piwach szliśmy po bilety. Zawsze siadaliśmy w sektorze 13. Z czasem młyn przesunął się na środkowe sektory. Miejscem, które wyznaczało nam rytm dni meczowych był tez pub Union, w Miejskim Ośrodku Kultury gdzie chodziliśmy po meczu.
O tym, co kocha najbardziej, mówi bez wahania. Atmosferę przed i po spotkaniu, gwar, rozmowy kibiców i wszechobecne barwy klubu. Słonecznik w papierowej tytce od babci, kupiony na rogu stadionu, wspomnienia. Kocham sam widok stadionu, jak śpi nocą albo rano, kiedy przejeżdżam obok jak jadę do pracy. I kocham go jeszcze bardziej, kiedy tętni życiem, wypełniony po brzegi – rozmarza się.
Powrót do europejskich pucharów to spełnienie marzeń – W końcu jest szansa zobaczyć Górnika na europejskiej arenie, przynajmniej w sześciu meczach. I to nie dzięki grze na konsoli…
Apetyt, mimo wszystko, ma umiarkowany. Minimum liga konferencji, piąte miejsce pucharowe w lidze, finał Pucharu Polski, to marzenia, A dla mnie najważniejsze są wygrane z Legią, Wisłą i Lechem! Dopiero zaczynamy budowanie wielkiego Górnika. Nie od razu – kończy Marcin.
Jak zostać legendą?
Między 1957 a 1972 rokiem Górnik Zabrze przez szesnaście sezonów z rzędu kończył rozgrywki na podium. Żaden inny polski klub nie zbliżył się do takiej regularności. Ale Europa na początku nie była łaskawa, pierwsze starcia kończyły się porażkami z innymi drużynami zza żelaznej kurtyny, ze Spartą Praga, z CSKA Sofia. Przełom przyszedł w sezonie 1967/68. Górnik wyeliminował Dynamo Kijów i po raz pierwszy awansował do ćwierćfinału europejskich pucharów. Tam czekał na niego Manchester United – drużyna, która kilka miesięcy później jako pierwszy angielski klub w historii sięgnie po Puchar Europy. W drodze po to trofeum Czerwone Diabły Matta Busby’ego miały ponieść tylko jedną porażkę. Dokonał tego Górnik Zabrze. W trakcie spotkania Górnik stracił kontuzjowanego Erwina Wilczka, w czasach, gdy zmiany zawodników jeszcze nie istniały i przez większość meczu grał w dziesiątkę. Mimo to Włodzimierz Lubański strzelił gola, który dał zwycięstwo 1:0.

Manchester i Zabrze dzieliła geografia, ale łączyło coś więcej. Oba miasta wyrosły z przemysłu, oba budowały swoją dumę na pracy robotników. W Anglii bawełna i stal, w Polsce węgiel. W latach gdy Europę podzielono żelazną kurtyną, robotnicze miasta rywalizowały ze sobą trzy razy! Kolejne dwa starcia Górnik zagral z Manchesterem City. Finał Pucharu Zdobywców Pucharów odbył się w Wiedniu, na Praterze. Jedyny w historii finał europejskiego pucharu z udziałem polskiego klubu. Lał rzęsisty deszcz, a Manchester City prowadził do przerwy 2:0. Górnik odpowiedział tylko trafieniem kapitana Stanisława Oślizły. Górnik przegrał, ale samo dotarcie tam było już historycznym osiągnięciem.
Rok później oba zespoły spotkały się znowu, tym razem w ćwierćfinale. Na Stadionie Śląskim mimo siarczystego mrozu zjawiło się 90 tysięcy kibiców. Piłkarze Górnika grali w damskich rajstopach, żeby jakoś się przed nim uchronić. Górnik pokonał obrońców tytułu 2:0. Jednak w całej rywalizacji znowu lepszy okazał się Manchester po dodatkowym meczu z Kopenhadze.
Janusz, świątynia na Roosevelta 81
Janusz urodził się w Zabrzu, osiemset metrów od stadionu. Kiedyś wieczorne mecze zdradzała łuna nad miastem, bo, jak twierdzi, stadionowe oświetlenie było wtedy najlepsze w Polsce. Widział z bliska Pohla, Oślizłę, Lubańskiego, Szołtysika, Gorgonia. – Mógłbym tak jeszcze długo, ale nie róbmy z tego książki telefonicznej – ucina.
Z dzieciństwa pamięta, że wejście na stadion nie było problemem. – Wystarczyło podejść do dorosłego przy bramce i zapytać: „Panie! Weźmiecie mnie?” – wspomina Janusz. Całe grupy dzieciaków wchodziły za darmo, a numer „na chopa” działał jeszcze w liceum. Do dziś pamięta przemarsze kibiców – tych miejscowych i przyjezdnych – które przechodziły pod jego domem.

Dzień meczowy spędza w rodzinnym mieszkaniu, osiem minut piechotą od stadionu. Żadnych specjalnych rytuałów – za to znakomity widok z okna na przygotowania miejscowej policji. – Czasem kilkadziesiąt radiowozów, armatki wodne, cały ten teatr – podkreśla ironicznie. Prawdziwe rytuały zaczynają się dopiero przy wyjazdach – te Janusz łączy z turystyką, zwiedzaniem i dobrym jedzeniem!
Stadion Górnika to dla Janusza świątynia polskiego futbolu. Miejscem, które kojarzy mu się z miłością do klubu, jest kompleks klubowy przy Roosevelta 81 sprzed remontu – dziś w dużej mierze nieistniejący, z legendarnym basenem „Frizok” sąsiadującym z dawną zachodnią trybuną. Po każdym meczu pod tym budynkiem czekało się na piłkarzy i autografy, a przy ówczesnej „ochronie” nikt nie robił problemu z rozmowy z największymi nazwiskami polskiej piłki.
Na koniec pytam Janusza, na co liczy w tym sezonie. – Na dobrą grę i wspaniałe wspomnienia, o jakich marzyłem od wielu lat – mówi.
Z nieba do piekła
W latach 1985-1988 Górnik przeżywał drugą złotą erę. Zdobył cztery tytuły mistrza Polski z rzędu. Jan Urban i Andrzej Iwan na długo zapisali się w pamięci kibiców Górnika. Górnik ponownie grał z europejskimi potęgami – mierzył się z Bayernem, ale najbardziej pamiętna pozostaje rywalizacja z Realem Madryt. Zespół prowadzony przez Leo Beenhakkera był wtedy europejską potęgą, a mimo to Górnik zdołał go przestraszyć.
Po minimalnej porażce 0:1 u siebie, w rewanżu na Santiago Bernabéu doszło do porywającego widowiska. Piotr Jegor i Krzysztof Baran strzelili gole, które dały Górnikowi prowadzenie 2:1 – zespół był bliski jednej z największych sensacji w historii europejskich pucharów. Real zdołał się jednak obronić, wygrywając ostatecznie 3:2. Hiszpańskie media pisały wtedy, że Real awansował, ale „spocił się aż do krwi”.

Jeszcze na początku lat 90. Górnik rywalizował o najwyższe cele w polskiej lidze. Kilka lat później był już tylko jednym z wielu zespołów walczących o środek tabeli. Wraz z transformacją ustrojową zaczęła się cicha likwidacja śląskiego przemysłu. Już w 1990 roku zasypano szyb „Zabrze II”. Był to jeden z pierwszych sygnałów, że epoka, w której miasto żyło rytmem kopalni, dobiega końca.
Górnik tracił wraz z przemysłem to, co budowało go od podstaw. Zakłady, które finansowały klub, jeden po drugim znikały albo traciły znaczenie. Fundament, na którym zbudowano czternastokrotnych mistrzów Polski, skruszył się jak bryła węgla.
Dziś normalność ma przywracać synek z Sośnicy. Lukas Podolski – kibic, piłkarz, dziś właściciel klubu. Człowiek, który mówi sprawdzam, gdy ktoś zastanawia się, czy kreślone przez niego scenariusze są realne. Ludzie wątpili, że zakończy karierę w Górniku – grał tu pięć lat. Wątpili, że kupi klub – dziś jest właścicielem. I wciąż chce więcej!
Dawid, Górnik i Slavia
Dawid mieszka dziś w Rudzie Śląskiej, a Górnikowi kibicuje całe życie. – Urodziłem się i większość życia spędziłem w Zabrzu, co jest odpowiedzią samą w sobie – mówi. Aktywne kibicowanie zawdzięcza bratu, który zabierał go na pierwsze mecze.
W jego pamięci zapisały się dwa debiuty. Pierwszy to marzec 2003 roku i bezbramkowy remis z Ruchem Chorzów. Mecz, jak sam mówi, dla koneserów, z którego niewiele rozumiał i który nie zachęcił go, żeby chodzić na stadion regularnie. Wrócił dopiero w grudniu 2008 roku, gdy Górnik pokonał Jagiellonię 1:0. – To było coś pięknego – wspomina. – Nie tylko zwycięstwo na koniec jesieni, która później okazała się nieudaną walką o utrzymanie, ale czternaście tysięcy ludzi, mocny doping, fantastyczna atmosfera. Tego nie zapomnę nigdy.
Powrót do europejskich pucharów budzi w nim entuzjazm, ale trzyma go na wodzy chłodną kalkulacją. – Trudno nie zachłysnąć się tym klimatem wokół klubu. Zmiana właściciela, wicemistrzostwo, Puchar Polski, to są mega sukcesy w kontekście ostatnich lat – mówi Dawid. Zaraz jednak dodaje, że najważniejsza jest praca u podstaw, stabilizacja w czołówce ligi, rozwój organizacyjny, marketingowy i sportowy. – Wydaje się, że to ostatni gwizdek, żeby wsiąść do tego pociągu. Sam powrót do Europy to dopiero początek.
Dorosłe życie nie rozpieszcza, więc dzień meczowy mocno mu się skrócił. Dziś to zwykle kilka chwil z bratem w pizzerii Biesiadowo tuż obok stadionu, popularnej wśród fanów Górnika.
Oczywistym miejscem jest dla niego stadion przy Roosevelta, ale w Rudzie Śląskiej wskazuje inny punkt na mapie, stadion Slavii Ruda Śląska. To tam, jak mówi, przychodzą kibicować młodzi fani Górnika, którzy jednocześnie zachowują lokalny patriotyzm i trzymają ze „Slaviokami” na dobre i na złe. Dzielnice Ruda 1 i Orzegów żyją Górnikiem – widać to nie tylko na murach budynków, ale i na trybunach podczas meczów lokalnych klubów z niższych lig.
Apetyt na ten sezon w pucharach ma wyważony. – Świetnie byłoby dostać się do fazy ligowej któregokolwiek z pucharów. Grunt to pokazać się z dobrej strony. Ważniejsze jest dla mnie to, żebyśmy i w przyszłym sezonie mogli zagrać w europejskich pucharach – kończy Dawid.
Dzień meczowy
Górnik minimalnie przegrał z Fenerbahce w pierwszym meczu, na Sukru Saracoglu. Do Zabrza przyjeżdżam wcześniej, jest 15:30, cztery i pół godziny do meczu. Pierwsze grupki ludzi w barwach Górnika zbierają się już w pobliżu dworca, na Placu Wolności.
W Mangal Doner by Lukas Podolski już jest kolejka, same barwy klubowe przy stolikach. Leje się ostry sos, a do tego łagodzący podniebienie ayran. Idę dalej, ulicą 3 Maja, potem Roosevelta, mijam dziesiątki ludzi w koszulkach Górnika – rozmawiają, żyją już meczem, choć do pierwszego gwizdka wciąż daleko.

Pizzeria o którem mówił Dawid tętni życiem na długo przed rozgrzewką. Wszyscy maja koszulki dzielnicowe, miejskie, zgodowe – Rydułtowy, Ruda Śląska, Pilchowice na wakacjach, Wisłoka Dębica, Piekary Śląskie, Knurów. Gwar, śmiech, panie nalewają piwo z nalewaka, na stołach króluje ogromna pizza i zapiekanki. Jestem tam może kwadrans – kiedy wychodzę, ludzi jest już trzy razy więcej.
Idziemy w stronę stadionu. Ciemna bryła skąpana w słońcu, tłum gęstnieje z każdym krokiem. Kiełbasa z grilla, piwo, wspomnienia dawnych wyjazdów, rozmowy o szansach i nadziejach na ten sezon. Mijam trzy pokolenia kibicek Górnika idące razem – babcia, matka, córka, wszystkie w barwach klubu. Najstarsza w koszulce Torcidy, młodsza w wianku w kolorach klubu, najmłodsza z koralami w barwach Górnika. Wspomnienia starszych mieszają się z radosnymi okrzykami dzieci – konkursy, zabawa, wszędzie barwy klubu. Pod stadionem jest wystawa pamiątek kibica Górnika, szale, proporczyki, bilety. Godzinę przed meczem tłum jest już gęsty, a trybuny zapełniają się w oka mgnieniu.
Stadion odlatuje już w pierwszych taktach klubowego hymnu i trzyma ten poziom przez cały mecz. Górnik szybko traci gola, próbuje mozolnie odrabiać straty. Pod koniec pierwszej połowy przejmuje inicjatywę, zawodnicy nakręcają kibiców, cały stadion odlatuje razem z nimi. Gol! Ludzie padają sobie w objęcia. Jest jeszcze druga połowa – zdążymy?
Kibice zaczynają śpiewać „My jesteśmy chłopcy z Zabrza” – najpierw cicho, potem coraz głośniej, aż szept zamienia się we wrzask, w którym trudno skupić się na samej grze. Górnik atakuje do końca, ale drugiego gola nie strzela. Koniec meczu, lekkie rozczarowanie, bo do dogrywki było tak blisko. Jeśli ta drużyna postawiła się krezusom z Fenerbahce, może powalczyć o Ligę Europy. Ale najważniejsza jest duma i szacunek. Górnik zagrał jak za dawnych lat!
































































































